O mnie

Kontakt

wstecz

Dawno temu zbójował był - umówmy się, że na Podhalu - szlachetny Janosik, co to zabierał bogatym i dawał sob...,tzn. biednym oczywiście. Pięć lat temu pojawił się nad Wisłą inny Janosik zwany, dla odróżnienia od swych licznych braci, Demograficznym. Jest wciąż pośród nas, nie wzbudza już specjalnych emocji i choć jest potężniejszy niż ten dawny, ale działa podobnie: zabiera wszyst…, tj. bogatym, rzecz jasna, i rozdaje… tym co mają dzieci. Pomyślałem, że w dobie wyludniania ojczyzny za sprawą straszliwej pandemii, warto wspomnieć tę szlachetną postać. Może w niej nadzieja?

500 plus - prawie 5 lat mija od wdrożenia PiS-owskiego programu ratowania polskiej demografii. Uznałem, że to dobra okazja,  by zweryfikować jego efekty i swoją o nim opinię. Z gorzką satysfakcją konstatuję, że wystarczyło odgrzebać swoją starą polemikę z pochwalnymi tekstami redaktorów Lisickiego i Terlikowskiego (Do Reczy, 6/2016). W przypadku publicystów postrzeganych jako prawicowi (i katoliccy), pochwała taka wydaje mi się być niekonsekwencją w oglądzie świata, swego rodzaju zgrzytem w porządkowaniu problemów naszej rzeczywistości. Ja z tą przychylnością się nie zgadzam i jako rdzeń sprzeciwu uznaję odwołanie do pojęcia moralności, zwłaszcza tej płynącej z istoty chrześcijaństwa – to zdaje mi się właściwy grunt w dyskusji o tzw. tematach społeczno-socjalnych.

Zacznę od podstaw, czyli od kasy. Program 500+ to działanie mające stymulować rozrodczość narodową metodą rozdawnictwa pieniędzy – wydaje się, że takiemu sformułowaniu, nawet jeśli razi czyjeś uszy, trudno odmówić prawdziwości. Od razu mam więc pierwszą przyczynę moich zastrzeżeń, bo jest nią generalna niezgoda na redystrybucję, czyli przekładanie przez państwo pieniędzy z jednych kieszeni do innych. To proceder powszechnie praktykowany, ale i łatwo powziąć wątpliwość, czy moralność generalnie, zwłaszcza ta budowana na Biblii i Dekalogu, daje się pogodzić z takim konceptem. To, że ma on w przypadku 500+ motywację „narodową” kojarzącą się patriotycznie (a przez to rzekomo prawicowo i konserwatywnie) jest pozorem nie zmieniającym istoty sprawy. Siłą rzeczy bowiem, jak w każdej redystrybucji, pojawia się jakaś porcja zła zarządzonego arbitralnie i to realizowanego na wielką skalę. Podatki to wszak odbieranie dosłownie każdemu: bogatym i biednym (tym ostatnim zawsze relatywnie więcej), przedsiębiorczym i niezaradnym, młodym i starym, zdrowym i chorym. Trzeba odebrać również tym, którzy już swoje dzieci (albo i wnuki) wychowali, a którym nic z tego tytułu nie „dawano”. I tak dalej i dalej - dobro ma się brać z tego, że będzie nas dzięki temu więcej?

Skąd bierze się to przeświadczenie o wyższości, cokolwiek abstrakcyjnego, „dobra wspólnego”, zwanego tu narodowym, nad dobrem indywidualnym i uczciwością? Skąd pewność, że liczba ludności jest wartością wyższą niż pojedynczy ludzki los? Z czego się składa naród jak nie z pojedynczych ludzi? Zło to zło i inżynieria społeczna nie jest żadnym jego usprawiedliwieniem. Programowe kształtowanie bytów zbiorowych to istota wszystkich totalitaryzmów i chorych idei konstruujących szczęście ludów - zawsze kosztem pojedynczych ludzi, milionów, setek milionów pojedynczych ludzi.

Wydaje się, że chrześcijaństwo stawia sprawy inaczej. Jest religią wskazującą drogę do zbawienia człowieka jako jednostki i to nie jako członka społeczeństwa, ani nawet narodu, które są w tej hierarchii wartościami wtórnymi. Mamy żyć dla zbawienia, zachęcając do tego innych i przestrzegając prostych dziesięciu przykazań. Siódme z nich (co najmniej) jest przez wszelkie socjalne manipulacje łamane i nie widzę dla tych praktyk usprawiedliwienia – czy jest gdzieś w Piśmie Świętym napisane, że wspomożenie jednego człowieka może być czynione przymusowym zubożeniem innego? Gdzieś znajduje się sugestia, że obowiązywanie przykazań może zostać zawieszone decyzją władzy? Złodziej, który część łupu rozda biednym nie staje się moralnie usprawiedliwiony, a na takiej zasadzie działa socjal państwowy i żadne rządowe akty prawne ani nawet „świętość” mandatu demokratycznego tego nie zmieniają.

Program 500+ to zło i krzywda ludzka. Bez względu na to czy mniejsza, czy większa, ale krzywda: ludzka, nie jakaś tam społeczna. Poborca podatkowy zabierający moje pieniądze dla przekazania ich Kowalskim, nie zna mojej sytuacji, moich priorytetów, zamierzeń i nie może wiedzieć na ile skrzywdzi mnie i moich bliskich. Nie zmienia tego fakt, że komuś się może przez to polepszy. Cała ta górnolotnie uzasadniana akcja to sprawiedliwość, tfu, socjalistyczna – inaczej mówiąc, zwykła niesprawiedliwość. Subtelne wartościowanie skuteczności pomysłów na zbiorową prokreację, czyli rzekome pochylanie się nad losem narodu jest omijaniem istoty sprawy. Jeśli naród wymiera, bo się nie rozmnaża, to niech wymiera - może nie jest wart tego, by trwał. Cóż bowiem strasznego jest w tym, że Polaków miałoby ubywać? Jaki to dramat z punktu widzenia Wiary i Transcendencji? Ubywanie dowolnej nacji to suma indywidualnych wyborów ludzi jako ludzi właśnie, tych stojących w obliczu boskich praw, a nie abstrakcyjna prokreacja osobo-narodu.

Wejdźmy jednak na inny poziom, załóżmy mianowicie, że przyrost naturalny to wartość z gatunku najwyższych (co, podkreślam, wydaje mi się tezą dalece nieoczywistą), stojąca ponad prawami jednostki, jak np. obrona kraju przed obcą napaścią i uznajmy, że stymulowanie rozrodczości zawiesza prawa indywidualne. OK, pojawia się jednak czynnik innego rodzaju. Dzięki prokreacji mamy oto korzyść materialną osiąganą za sprawą instytucji państwa. Rodzina, dzieci i rodzice, dziadkowie i wnuki, ta konstrukcja od zawsze będąca naturalnym budulcem i istotą społeczeństw (zadziwiająco dobrze kwitnąca w społeczeństwach biednych, nie stymulowanych „prorodzinnie”), oczywista i dobra potrzeba człowieka, niezbywalny, najpiękniejszy byt zawsze związany z naszym trwaniem na tym świecie i wynoszony na piedestał przez chrześcijaństwo, staje się oto za sprawą państwowej aktywności owocem biurokratycznych działań, wdrażania wskaźników, finansowego nagradzania, realizowania „celów narodowych”.

I tu tkwi istota zła. Tu zawiera się kolejny element przemodelowania naszej świadomości i, nie boję się tego słowa, człowieczeństwa. Państwo drenuje naszą etykę i odwieczne, chrześcijańskie wartości, na wiele sposobów. Przymus ubezpieczeń, monstrualne, najwyższe w historii opodatkowanie pracy, czyli ludzkiej aktywności, sformatowana monopolistycznie edukacja, ingerencja w domowy mir, bezlik innych mniejszych i większych działań „opiekuńczych” – wszystko to konsekwentnie i nieuchronnie czyni z nas zniewolonych podopiecznych wszechobecnego Pana i Władcy. Teraz, za sprawą „natalistycznego wsparcia”, coś co powinno być naturalnym i pięknym owocem ludzkiej miłości, odpowiedzialności, potrzeby bycia ze sobą, ma być włączone do programu rządowego?

Patologia polegająca na poddaniu się omnipotencji organizującego nam życie i uzależniającego od siebie URZĘDU zaślepia ludzi masowo i bez większych oporów. Inżynieria społeczna to kolejny tego przejaw. Oddanie się państwowej łasce na polu budowania rodziny, nauczy ludzi, że INSTYTUCJA i tu zaczyna być naszym karmicielem. Fakt, iż w rzeczywistości to my karmimy ją, nie zmieni faktu, że w odbiorze społecznym ZAWSZE działać to będzie odwrotnie i demoralizująco.

Obawiam się, że przyczyna naszej złej demografii zawiera się właśnie w mentalności zbiorowej, uwiądzie naszej kultury i etosu, zwłaszcza w „pandemii” wygodnictwa i próby życia na czyjś koszt. W odrzuceniu tych wartości, które się rzekomo „zdezaktualizowały”. Na to z pewnością nie pomogą politycy i urzędnicy wydzielający zapomogi w swoich programach - im więcej demoralizacji tym szybszy upadek. Ten sam zdeprawowany socjalnym rozdawnictwem lud będzie w naturalny sposób żądał fundowanych aborcji czy eutanazji (oszczędność na bezproduktywnych emeryturach). Dokładając kolejny element destrukcyjnej układanki skumulujemy problemy i dopieroż będziemy mieli nad czym się pochylać. Zło ze złem się nie znosi, one się dodają i mnożą. Patrzmy na rzecz konsekwentnie: coś jest dobre i moralne, albo nie jest. To tak jak ze sprawiedliwościową – nie potrzeba dodawać do niej przymiotników typu „społeczna” czy „demokratyczna”.

Programy „prorodzinne” takie jak 500+ są od dawna składnikiem całej postępowej, sterującej społeczeństwami zachodnimi ideologii. Będą też owocowały tak jak wszystkie inne wyrównywania szans, parytety, multikulturalizmy, szansy dla młodych, godne śmierci itd. Jak to się kończy w wersji hard widzieliśmy w rewolucji francuskiej, bolszewickiej, czy w azjatyckich monstrach komunistycznych XX wieku. W wersji soft oglądamy dziś w paranoi unijnej mega-biurokracji i degrengolady społeczeństw sytego, roszczeniowego Zachodu, którego „socjalne zdobycze” małpujemy swą polityką demograficzną. Nic ona nie da. A nawet jakby - cóż to za usprawiedliwienie dla jej defektu etycznego? Jeśli wprowadzimy dekret Urzędu ds. Rozrodczości, że każda kobieta w odpowiednim wieku ma obowiązek urodzić dziecko to też może nas przybędzie. A jak nie urodzi to rozrodczość przymusowa? Bo naród w potrzebie? Cel uświęca środki? Niech Bóg się nad nami zlituje. Ale Bóg, obawiam się, niekoniecznie jest „wrażliwy społecznie” i wątpię, by otoczył nas szczególną opieką, gdy zajmiemy się budowaniem większego narodu takimi metodami. Do nieba wchodzi się pojedynczo, nie narodami czy grupami społecznymi i bardzo się zastanawiam, jak Święty Piotr na Niebieskiej Bramce potraktuje zbiorowych Janosików z państwowego namaszczenia czyniących swe „dobro”. „Transfer pieniędzy”, „większe zaangażowanie”, „projekt polityki demograficznej” – bójmy się Boga!

Jeśli tak ważnym elementem naszej mizerii demograficznej są finanse, to jedynym etycznie dopuszczalnym sposobem jej poprawienia jest po prostu uczciwe podniesienie dobrobytu całego społeczeństwa. Na przykład przez zdjęcie z niego garbu biurokracji i zdzierstwa podatkowego. Promujmy pracę, uczciwość, odpowiedzialność: będzie sprawiedliwiej i bogaciej. Nie sprawi tego mnożenie rozwiązań „społecznie wrażliwych”, rozdymanie urzędów, manipulowanie biologią narodu przez dokonywany na wielką skalę transfer pieniędzy. Ów transfer, czyli wyrównywanie poziomu zamożności, to sztandarowy postulat i obsesja zastępów lewactwa, poczynając od Marksa i Lenina czy niejakiego A. Hitlera, znanego socjalisty i propagatora idei narodowej wspieranej elementami inżynierii społecznej. Zauważmy też, że stosowanie jej dla zwiększenia populacji jest w istocie swej analogiczne do prób ograniczania liczby ludności, również motywowanych dobrem wspólnym. Nasza akcja jest oczywiście odwrotna, „szlachetna”, ale inżynierią społeczną pozostaje. Zastosujemy ten moralnie ułomny wynalazek, bo byt narodowy jest zagrożony? Przez co zagrożony - przez sam naród chyba?

Wprowadzony z patriotycznym uzasadnieniem 500+ utrwala w ludziach przeświadczenie, że są biedni i trzeba im płacić by zechcieli płodzić dzieci. Nie jesteśmy za biedni, żeby się jako społeczeństwo powiększać, jesteśmy prawdopodobnie najbogatsi w naszej historii, ale i być może najbardziej zdemoralizowani przez państwo i zachodnie wzory – biedni jesteśmy, owszem, wciąż w stosunku do Zachodu. Dlatego nasze pokolenie 500+ i tak stąd zwieje w pogoni za tamtejszym dobrobytem (albo socjalem). Jeśli się nas urodzi więcej, to więcej wykształcimy w ”darmowych” szkołach i więcej tak przygotowanych wyemigruje. Tym bardziej, że im więcej socjalu sobie zafundujemy, tym skuteczniej zablokujemy szansę dogonienia zamożniejszych.

Jeszcze słówko o „godności” która rzekomo tak obficie spływa na beneficjentów 500+. Jako argument przywołują ją ochoczo publicyści od lewa do prawa. Poza kasą to godność jest podobno dystrybuowana jako gratisowy dodatek dla odbierających swoje „wspomaganie demograficzne”. Cokolwiek mnie to zdumiewa. Godność? Przyjmowanie jałmużny nigdy mi się z tym nie kojarzyło, szczególnie od kogoś, kto mnie w dużej mierze do sytuacji żebraka doprowadził. Wielki państwowy złodziej upasiony na zawłaszczonych efektach ludzkiej pracy dając teraz łaskawą ręką 500 złotych godność przywraca? Dziękuję Bogu, że oszczędził mi pokusy pobierania tego datku i szczęśliwie swoje dzieci wychowałem bez poniżania się do podpierania godności tym sposobem.

Czy Janosik wspierał demografię na Podhalu

26 lutego 2021
fotografia

Zbyszko Boruc